Kwadrans później doszłam do siebie. Wróciła Julia od Kasi i dzieci. Zaczęłyśmy kolejny rozdział naszego wspólnego życia. Telefon jednak wciąż milczał.
Na początku września, zgodnie z planami wybrałyśmy się do Zakopanego. Karolina dostała kilka dni urlopu. Zapakowałyśmy auto po dach różnymi rzeczami potrzebnymi i mniej potrzebnymi i ruszyłyśmy w Tatry. Najbardziej podekscytowana była Julka. Nigdy tam jeszcze nie była a nasze opowieści brzmiały dla nie j intrygująco. Pokazałam jej któregoś dnia zdjęcia w Internecie. Dostrzegła w tłumie na Krupówkach postaci z bajek. Duże maskotki z ulubionych kreskówek – pozujące do zdjęć. Była zachwycona. Oczywiście teraz marzy aby mieć zdjęcie z Kubusiem Puchatkiem.
Pensjonat jaki wybrałyśmy usytuowany był niemal przy samych Krupówkach. Dostałyśmy niewielki sympatyczny pokoik z balkonem i widokiem na Giewont. Mała była zafascynowana widokiem tak wysokich gór. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała. Pierwszego dnia spacerowałyśmy po miasteczku rozkoszując się wrześniowymi promieniami słońca. Krupówki jak zawsze zatłoczone ale mające swój niepowtarzalny urok. Pokusy dla turystów, szczególnie tych małych sprawiały- że z drżeniem serca przechodziłyśmy obok straganów z pamiątkami. Julka co kwadrans prosiła o jakiś drobiazg. Na szczęście dała sobie wytłumaczyć, że nie może dostawać wszystkiego co jej się spodoba. Zrozumiała, że mamusia i ciocia mają niewiele pieniędzy. Możemy jej kupić kilka drobiazgów ale musimy trzymać się jakiś zasad. Stanęło na tym, że codziennie dostanie jedną rzecz- pod warunkiem oczywiście, że będzie grzeczna i zasłuży. Mała podeszła do naszej umowy dżentelmeńskiej bardzo poważnie, z należytą uwagą i precyzją codziennie wybierała jeden z licznych drobiazgów.
Któregoś dnia upatrzyła sobie dwie rzeczy ale wiedząc, że będziemy nieugięte powiedziała sama:
- Dzisiaj mogę dostać tego konika? – tak ciociu?
- Tak kochanie, dzisiaj możesz go dostać.
- A jak jutro będę grzeczna – mogę dostać ten wózek do konika? – zapytała wskazując paluszkiem zaprzęg konny z woźnicą.
- Oczywiście Juleczko- jeśli będziesz oczywiście grzeczna tak jak dziś- powiedziała Karolina uśmiechając się do małej.
Nasz plan działał bardzo dobrze, nie ustrzegł nas jednak przed wydatkami. Na szczęście byłyśmy w Zakopanym jedynie 6 dni no i nasz budżet uniósł te koszta nadprogramowe. Cieszyłyśmy się obie, że nasza mała zrozumiała, że ma ograniczenia jeśli chodzi o zabawki i zachcianki. Nawet gdy wybierała zabawki, pytała czy ta oby nie jest zbyt droga. Gdy wskazywała coś droższego niż 10 zł. wystarczyło nasze kiwnięcie mówiące o zbyt drogiej cenie i nawet raz nie próbowała nas namówić na uległość. Obserwowałyśmy wiele razy sytuacje, gdy rodzice przy straganach przechodzili prawdziwy horror bo ich pociechy płaczem, krzykiem i tupaniem wymuszały kupno zabawek. Julia wykazała się godną pochwały – dojrzałością i zrozumieniem. Nasza kochana malutka Juleczka. Coraz więcej rozumiała. Rosła, stawała się mądrą dziewczynką, co nas naturalnie cieszyło.
Oczywiście obowiązkowo musiałyśmy wysłać widokówki z naszych krótkich wakacji. Julia do swoich małych przyjaciół i do babć napisała jej osobiście. Poprosiła nas abyśmy jej na wzór napisały życzenia drukowanym literami a ona przepisała je na pocztówki. Wyszło ślamazarnie i nieporadnie ale mała była niesamowicie dumna, szczególnie że upiększyła swoje pozdrowienia kwiatkami i serduszkami własnoręcznie namalowanymi. Zajęło jej to dobrą godzinę, usiadłyśmy sobie w ogródku jednej z knajpek na Gubałówce – z widokiem na całe Zakopane. Julia pisała kartki a my mogłyśmy delektować się imponującym widokiem i smakiem pysznej kawy.
Rozmawiałyśmy o różnych rzeczach popijając kawkę gdy odezwał się mój telefon. Odebrałam, mimo że nie znałam tego numeru. Z drugiej strony odezwała się jakaś pani. Przedstawiła się uprzejmie i powiedziała, że w imieniu swojego prezesa, pana … jakiegoś tam chciałaby mnie umówić na spotkanie w sprawie pracy. W pierwszej chwili byłam zaskoczona i zdezorientowana. Myślałam, że to któraś z ofert do księgowości. W końcu zapytałam, gdzie i kiedy powinnam się pojawić. No i okazało się, że to portal. Pan prezes dostał mojego emaila i chciał poznać moją ofertę!
Umówiłam się na poniedziałek na godzinę 12. Był piątek i tak planowałyśmy wyjazd w ten weekend do domu.
Byłam nieziemsko zaskoczona i szczęśliwa. Paweł miał rację. Zadzwonili.
W tej chwili zaświtała mi myśl – To sprawka brata!
Zadzwoniłam do niego. Wyparł się wszystkiego, powiedział że nie maczał w tym palców. Ani on ani nikt z jego firmy. Dał słowo honoru. Nawet mu uwierzyłam. Super- będę miała może fajną pracę.
Zaczęłam się bać tego spotkania. Wyobrażałam sobie z milion razy tą sytuację. Wchodzę do gabinetu prezesa. Za biurkiem siedzi nadęty starszy pan – z cygarem w dłoni. Sadza mnie jak uczniaka przed sobą i pyta:
- Co dziecko masz do zaproponowania takiej firmie jak moja? Cóż takiego możesz mieć aby nas przekonać do zatrudnienie?- i oczami wyobraźni widziałam malujący się na jego grubej buzi ironiczny uśmieszek.
A ja siedzę po drugiej stronie biurka – ze spuszczona głową- trzymając się zasady, że przed przełożonym należy mieć wygląd pokorny i durnowaty. Wyciągam z torby swoją ofertę. Kładę na biurku a prezes bierze ją w swoje grube dłonie, na sekundę cygaro pakując do nadętych ust- aby zwolnić rękę. Wertuje kartki- nie czytając ani fragmentu po czym oddaje mi ją mówiąc: – Twój czas minął, nie jesteśmy zainteresowani.
Wstaję , powoli wycofuję się z pokoju gdy tymczasem prezes odkręca się w swoim fotelu w stronę dużego okna z widokiem na panoramę miasta. Zamykając za sobą drzwi widzę tył jego ogromnego fotela z czubkiem jego głowy i unoszącą się nad nią gęstą chmurą dymu z cygara. Zero jakiegoś „ dziękuję, przepraszam, proszę, do widzenia” tylko zimne „Żegnam” z jego strony i moje „Przykro mi”.
Na szczęście to tylko moja chora wyobraźnia.


Jeden komentarz do “Rozdział 37 – cz.2”
Zostaw komentarz