Miły list, wszystko było jasne. Wypakowałam wszystko z torby. Tymczasem Kacperek zajmował się swoimi dłońmi. Oglądał je sobie uważnie, wysuwając zabawnie języczek z buzi, śliniąc się przy tym okropnie. Był na ta chwilę wyjątkowo samodzielny. Zorganizowałam w komodzie jedna dużą szufladę dla naszego Juniora. Poukładałam elegancko pieluszki, ubranka i śliniaczki. W kartoniku znalazły miejsce wszystkie kosmetyki czyli kremy, pudry i oliwki. Ich zapach rozprzestrzenił się szybko po całym pokoju.
W kuchni znalazłam jedna półkę, na której poustawiałam wszystkie zapasy żywnościowe oraz butelki, łyżeczki i podgrzewacz do butelek.
Pierwsza kupka była chrztem bojowym nowej opiekunki. Poradziłam sobie dość sprawnie. Śniadanie pojawiło się na wniosek Kacperka, tak jak przepowiedziała Zosia tuż przed godziną 9. Po nim nastała słodka drzemka. Później herbatka, chwila zabawy, ponosiłam malucha na rękach ku jego ogromnej radości, później znowu posiłek, w międzyczasie zmiana pieluszek, jedno przebranie ubrudzonego kaftanika i tak w kółko. Pierwszy dzień była wyjątkowo spokojnym i czarującym. Zosia zadzwoniła około południa z pytaniem jak nam idzie. Była bardzo zadowolona, że u nas wszystko ok. Sama nie umiała się za bardzo odnaleźć pierwszego dnia w pracy po długiej przerwie. I nawet nie to, że martwiła się rozstaniem z dzieckiem. Była zaskakująco spokojna. Ale mimo wszystko pierwszy dzień w firmie ja stresował.
Przed 16 pojawił się Patryk z Zosią po odbiór synka. Przywieźli obiecany wózek, który faktycznie zmieścił się w szafie. Po rozłożeniu był dość wygodnym pojazdem dla Kacperka, posiadał budę i osłonę przed wiatrem na wypadek braku pogody. A co najważniejsze był bardzo lekki i nie sprawiał kłopotów z wnoszeniem i znoszeniem z góry.
Gdy wróciła Karolina z Julia do domu maluszka już nie było. Mała natychmiast jednak zauważyła pewne poczynione zmiany w naszym mieszkanku. Wypatrzyła przedmioty należące do dziecka. Zaczęła pytać o szczegóły więc postanowiłam przeprowadzić z nią poważna rozmowę:
-Ciociu, a on teraz będzie z nami mieszkał?- domagała się informacji.
-Nie Juleczko, Kacperek mieszka ze swoimi rodzicami. Tylko, że jest jeszcze bardzo malutki, widziałaś go przecież – prawda?
-Pamiętam- odparła mała,
-No właśnie, jest zbyt malutki, aby mógł chodzić do przedszkola tak jak ty a jego rodzice musza pracować i dlatego poprosili mnie abym chwilowo zajęła się ich synkiem zanim nie podrośnie i nie będzie mógł iść do żłobka czy przedszkola. Rozumiesz kochanie?
-Tak rozumiem.
-Kacperek jeszcze nic nie rozumie, nie umie mówić i jest taki bardzo bezradny. Nie umie nawet jeszcze siedzieć ani chodzić, nie tak jak ty – wiesz?
-Ja też kiedyś taka byłam?
-Oczywiście, każdy kiedyś był taki malutki jak on. Nawet ja i twoja mama. Widziałaś kiedyś zdjęcia jak byłam taka maluteńka i leżałam w wózeczku?
-Tak, pokazywałaś mi kiedyś- Julia zaczęła się zabawnie śmiać.
-No właśnie, a widzisz jak urosłam? A ty też, byłaś taka malutka a teraz proszę, wszystko umiesz sama zrobić, umiesz zjeść ładnie, ubrać się i zająć mniejsza koleżanką prawda?
-Prawda, dzisiaj w przedszkolu byliśmy na placu zabaw. I jak się ubieraliśmy to pomogłam Łukaszowi ubrać buty bo pani była zajęta innym dzieckiem.
-No widzisz jaka jesteś dzielna- pogłaskałam Julie po głowie. Umówmy się, że Kacperek to będzie dla ciebie jak młodszy kolega z przedszkola albo malutki braciszek, którym trzeba się opiekować i troszczyć – dobrze?
-Dobrze, i będziemy chodziły z nim na spacer?- mała była zadowolona.
-Tak, mamy już nawet wózek.
-Gdzie? Mała poderwała się w poszukiwaniu spacerówki.- Ciociu pokaż mi – pokaż.
Wyjęłam z szafy wózek. Małej zaświeciły się oczy z radości.
Rozłożyłam go szybko jednym niemal ruchem. Kolorowy , błękitno biały sprawiał bardzo przyjemne wrażenie. Julia pobiegła do swojego pokoju, wróciła po chwili ze swoja ukochana lalką.
-Ciociu- mogę powozić niunię w wózku? Proszę…proszę!
Karolina spojrzała na mnie z pytaniem wymalowanym na twarzy :- A trzeba było pokazywać jej ten wózek?
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
-Tak kochanie, chwilę możesz się pobawić wózkiem, ale za chwilę go schowamy bo tutaj nie ma miejsca dobrze?
Julia nie słuchała co do niej mówię na końcu bo była zaabsorbowana lulaniem lalki w wózku.
Poszłam z Karolina do kuchni aby opowiedzieć jak minął mi pierwszy dzień piastunki.
Moja miłość była bardzo zadowolona z mojego zaangażowania.
-Wiedziałam kochanie, że sobie świetnie poradzisz. Ty jesteś stworzona do tego. Dzieciaki za tobą przepadają.
-Nie przesadzaj, chociaż masz rację, że zawsze bardzo lubiłam dzieci. Są takie słodkie i spontaniczne. To cenie w nich najbardziej. Brak wyrachowania i impulsywne reagowanie na wszystkie sytuacje życiowe.
W tym momencie wpadła do kuchni Julia:
-Ciociu, ciociu…a jutro pójdziemy na spacer z Kacperkiem?
-Oczywiście kochanie, że pójdziemy – uśmiechnęłam się do małej.
Dziewczynka pobiegła szczęśliwa wracając do przerwanej zabawy.


Zostaw komentarz