Tak jak się spodziewałam, początek roku przyniósł wiele zmian. Niepokojących zmian. Mimo miłego Sylwestra i wierze, że jakie pierwsze godziny nowego roku takie wszystkie miesiące nadchodzącego roku.
W firmie zaczęły się mozolne akcje restrukturyzacyjne. Dopadł nas nawał pracy od pierwszego dnia w biurze. Nowe wytyczne, zarządzenia. Kilka nowych twarzy. Bilanse…bilanse…bilanse. Mordęga dla nas wszystkich. Prezes przyjmował kolejnych dostojnych gości licznie zjeżdżających się z całej Europy a my wszyscy kłanialiśmy się im w pas mimo przeczucia, że nam nie pomogą o ile nie zaszkodzą.
Po kątach bawiliśmy się w przepowiadanie przyszłości i nasze dalsze kariery.
Klimat zaczął się psuć z każdym dniem bardziej. Zdawaliśmy wszyscy sobie sprawę z tego, że wcześniej czy później zaczną się redukcje etatów. Zawsze w takich chwilach nadchodzi to najgorsze. Każdy wobec kolegi czy koleżanki stał się podejrzliwy, bo a nóż on czy ona wie coś o czym ja jeszcze nie wiem. Sama zaczęłam się bać najgorszego. Byłam dobrym i wieloletnim pracownikiem tej firmy ale w moim dziele były same takie osoby. Wszystkie oddane i lojalne – długoletnie. Każdy z nas miał nadzieje, że celownik będzie wymierzony w kogoś innego. Nerwówka zaczęła się na dobre, wyścig szczurów rozpoczęty. Niestety nienajlepsze nastroje trudno było zostawiać w pracy. Karolina starała się mnie pocieszać ale z biegiem czasu stawałam się zwyczajnie nieznośna.
Czarne scenariusze śniły mi się co noc. A co będzie jak mnie wyleją? Jak Karolina utrzyma cała naszą trójkę? Mamy niewielkie oszczędności na koncie ale na długo to nie wystarczy. Zanim znajdę inne zajęcie może trochę potrwać. Byłam wystraszona gdy tymczasem Karolina ze stoickim spokojem powtarzała wręcz z uporem maniaka swoje: -„Poradzimy sobie kochanie, spokojnie.”
Doprowadzała mnie tym zdaniem do szewskiej pasji. Jakoś…nie chciałam sobie jakoś radzić! Chciałam zapewniać swoim najbliższym dostatnie życie bez potrzeby radzenia sobie jakoś tam. Bałam się porażki.
Coraz częściej dochodziło między nami do drobnych nieporozumień. To pewnie moja wina, choć zawsze wydawało mi się, że staram się być ugodowa.
Bywały dni kiedy nawet Julia miała problemy aby mnie rozweselić. Ciągły stres dał znać o sobie nawet mojej rodzinie.
Któregoś wieczora Julia poprosiła abym jej poczytała przed snem. Otworzyłam wskazaną przez małą książkę, zaczęłam czytać o przygodach psa Mopsika … gdy Julia przerwała.
-Ciocia, ja chcę abyś była taka jak kiedyś- powiedziała ściszonym, poważnym głosem.
-Czyli jaka?- zapytałam.
-No taka jak kiedyś. Wesoła…zawsze uśmiechnięta.
-Jestem wesoła, naprawdę kochanie.-próbowałam zapewnić dziecko.
-Nie ciociu, jesteś smutna. Nie bawisz się ze mną tyle co kiedyś. Mama też już nie jest taka radosna.- Julia była zupełnie poważna i zatroskana.
-Kochanie, to prawda, że teraz jest troszeczkę inaczej- zaczęłam powoli tłumaczyć.
-To pewnie moja wina, byłam niegrzeczna tak?- zapytała.
-Nie, Juleczko- to nie twoja wina. Widzisz, ciocia ci to już tłumaczy. Odrobinę się zmieniło w naszym życiu, bo mam teraz więcej pracy. Sama widzisz, że wracam czasami bardzo późno. W mojej firmie wiele się zmieniło, ciocia teraz ma więcej obowiązków- rozumiesz?
-Tak – ale dlatego jesteś zła i smutna? – zapytała Julia
-Nie jestem zła, jestem czasami bardzo zmęczona tylko. Wyglądam jakbym była smutna ale tak naprawdę to tylko zmęczenie. Nie wysypiam się, brakuje mi naszych zabaw i wycieczek. Ale to się niebawem skończy, obiecuję ci kochanie.- wypowiadałam te słowa drżącym głosem, bo zdawałam sobie sprawę z prawdziwości tego stwierdzenia. Niebawem zostanę bez pracy. Zmęczenie się skończy ale czy radość życia powróci? Póki co musiałam przekonać dziecko.
Julia słuchała mnie uważnie sprawiając wrażenie pełnego zrozumienia.
Gdy opowiadałam Karolinie o naszej rozmowie z dzieckiem powiedziała tylko:
-Widzisz, mówiłam ci tyle razy abyś nie przynosiła trosk z firmy do domu- do miejsca, które powinno być twoją, nasza oazą szczęścia i spokoju- powiedziała, faktycznie powtarzając to zdanie po raz setny.
-Tak ci się tylko wydaje, myślisz że tak sobie dla rozrywki nie zostawiam własnych lęków i myśli w pracy aby powkurzać ciebie?- zapytałam z odrobina ironii.
-Nie wiem, ale wchodzisz do mieszkania i ja od progu wiem, że czeka nas ciężkie popołudnie!- atakowała Karolina
-Nic na to nie poradzę!
-Może powinnaś jednak spróbować, skoro nawet dziecko czuje się mało komfortowo!
-Tak, teraz jeszcze powiedz, że obie czujecie się ze mną nieszczęśliwe!- obie zaczęłyśmy mówić podniesionym głosem.
Pierwszy raz w życiu zaczęłyśmy rozmawiać w taki sposób.
-Tego nie powiedziałam, ale powinnaś się zastanowić nad swoim zachowaniem skoro dziecko wysyła takie wyraźne znaki. Ona tęskni za ciocią Adą, którą pokochała kilka miesięcy temu!
-A ty jako najbliższa mi osoba powinnaś mnie wspierać a nie dokopywać! – broniłam się atakiem.
-Ja ci nie dokopuję. Próbuje jedynie abyś zauważyła, że naprawdę zmieniłaś się. Znam powody ale myślę, że możesz nad sobą popracować.
-Tak ci się tylko wydaje, może powinnam uprawiać afirmację? Pracuję na bombie zegarowej. Nie wiadomo kiedy wszystko wyleci w powietrze. Kolejnie osoby odchodzą z firmy a ja mam się relaksować przed powrotem do domu bo tobie jest mało komfortowo?
-Nie! Ada, nie rozmawiaj tak ze mną! – rzuciła Karolina i wyszła z pokoju.
Została sama analizując nasza rozmowę, moje zachowanie. Zastanawiałam się, czy Karolina może czuć to co ja czuję każdego kolejnego dnia pracując na tonącym Tytanitu.
Czy jest w stanie mnie zrozumieć. Powinna ale chyba nie chce.
Tej nocy po raz pierwszy spałyśmy oddzielnie. Karolina pościeliła sobie u Julii w pokoju. Obie nie miałyśmy ochoty wracać do tej rozmowy. Rankiem chłodne stosunki pogłębiły mroźną pogodę, mimo że był już prawie marzec.


Jeden komentarz do “Rozdział 33-cz.1”
Zostaw komentarz